Dlaczego lubię ćwiczyć?

Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego lubię ćwiczyć. Nie bez znaczenia jest na pewno to, że w ten sposób kształtuję swoje ciało – poprawiam i ulepszam tam, gdzie natura nawaliła. Oczywiście zakres tego poprawiania jest ograniczony przez geny (nie wydłużę sobie nóg ani nie powiększę biustu…), niemniej cokolwiek udało mi się zdziałać i mam apetyt na więcej. Tworzę lepszą wersję siebie – jak mawia mój ulubiony trener fitness.

 

DSC_9203_obróbka3_jasne

 

Lepsza wersja mnie z pewnością przemawia do mojej wyobraźni (która kobieta nie chciałaby wyglądać lepiej?), nie wyczerpuje jednak tematu. Mogłabym przecież ćwiczyć wyłącznie z rozsądku, mając na uwadze tę lepszą wersję. Nastawienie na efekt, nawet wyjątkowo spektakularny, nie tłumaczy przyjemności. Dlaczego zatem LUBIĘ? Czy chodzi o pokonywanie własnych słabości? Satysfakcję? Stałe podnoszenie poprzeczki? Chyba jednak nie w tym rzecz. Nie jestem aż tak ambitna. Poza tym to wszystko mogę mieć w tysiącu innych miejsc, chociażby w pracy. Odczuwana przeze mnie przyjemność nie jest wynikiem łechtania ambicji. Myślę, że ma ścisły związek z rodzajem aktywności. Ja po prostu lubię się fizycznie zmęczyć – pewnie to kontra wobec pracy umysłowej, której oddaję się zawodowo.

 

DSC_7749_OBRÓBKA6

 

Podobno w czasie ćwiczeń organizm wytwarza endorfiny – hormony szczęścia. Może w nich właśnie tkwi sedno?

W stwierdzeniu, że fitness dobrze mi robi na głowę, jest niewątpliwie sporo racji. Po intensywnym treningu jestem emocjonalnie pusta. Lubię ten stan. Zwykle kłębi się we mnie istny gejzer uczuć (na drugie imię powinnam mieć Emocja, a na trzecie Impulsywność). Ćwiczeniom zawdzięczam jakże potrzebny reset. Dzięki nim spalam stresy mijającego dnia (szczęśliwi ci, którzy ich nie mają) i ładuję akumulatory. W efekcie mam zgrabniejsze ciało i zdrowszą duszę.

I jak tego nie lubić?

 

DSC_9251_obróbka4aa

 

Ostatni powód, dla którego lubię ćwiczyć, jest zapewne nieco egoistyczny. Uważam jednak, że zdrowy egoizm należy w sobie pielęgnować. Kiedy byłam matką niemowlęcia, bardzo zaaferowaną i zajętą (bo przecież wszystko musi być zapięte na ostatni guzik – bzdura, wcale nie musi!), wyrwałam się do klubu fitness blisko domu. Wisiał tam wielki baner reklamowy z hasłem „Te chwile masz tylko dla siebie”. To było jak objawienie. Chwile TYLKO dla siebie. Nie myślisz o mężu, dzieciach, chorobie mamy, kłopotach w pracy. Skupiasz się na treningu, na palących mięśniach, na tym, by wykonać jeszcze kilka powtórzeń. Ostatkiem sił. Wiesz, że robisz coś dobrego dla siebie. To właśnie cieszy. I co najważniejsze – procentuje. Jesteś sprawniejsza, mniej nerwowa, masz lepszą figurę i całkiem duży ładunek endorfin.

Dziewczyny – WARTO!

 

DSC_7859bbb

zdjęcia: Dariusz Siemiaszko; kadrowanie: Małgorzata Magenta-Siemiaszko

 

 

(Przeczytano 570 razy)

Comments

  1. gosiama

    Gosiu Twoja figura naprawdę robi wrażenie! Mam nadzieję,że mnie zainspirujesz i zacznę znowu trenować po rocznej przerwie,w domu z malutką córeczką jednak trudno się zmobilizować. Zaledwie kilka razy ćwiczyłam w domu od porodu a to już pół roku minęło. Może się uda ale bez pomocy Mamy się nie da,może będzie mogła raz w tygodniu przyjść do niuni.Patrząc na Twoje zdjęcia zatęskniłam za fitnessem,trzymaj za mnie kciuki:)

    Reply
    1. Małgorzata Magenta-Siemiaszko Post author

      Dziękuję :)
      I ze wszystkich sił trzymam kciuki za Twój powrót do aktywności :)

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *