Inwestycje w urodę, czyli nowości w mojej kosmetyczce

Zaszalałam. Nie, nie żałuję, bo to dobrze zainwestowane pieniądze. Szkoda, że nie zawsze mogę tak powiedzieć…

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że kupuję bardzo dużo przypadkowych kosmetyków. Daję się uwieść reklamom, podszeptom znajomych i własnej skłonności do nadmiernego wydawania pieniędzy. Buteleczki, pudełeczka stojące na sklepowej półce – wszystkie takie śliczne – kuszą mnie nieodparcie. Kupuję tysięczny kosmetyk do pielęgnacji włosów (licząc zapewne na cud), setny balsam do ciała. I potem te specyfiki zagracają moją łazienkę. W większości przypadków zakup okazuje się bowiem kompletną klapą… Mam więc zamiar stawiać na sprawdzone produkty i kupować wyłącznie to, co jest mi rzeczywiście potrzebne. Na kosmetykach stojących rzędem w łazienkowej szafce moja uroda nic a nic nie skorzysta…

Zamiar ze wszech miar chwalebny i może uda mi się w nim wytrwać. A tymczasem przedstawiam kilka kosmetycznych inwestycji, które uważam za trafione (poza jednym drobnym wyjątkiem). Czy były potrzebne? Hm, mój mąż twierdziłby pewnie, że wcale, ale właściwy ogląd sytuacji zakłóca mu przecież cokolwiek nadwyrężony portfel :-P

 

Pędzle do makijażu Zoeva

DAR_0657b_1

 

O zakupie porządnych pędzli myślałam od dawna, ale brakowało mi czasu na wybór marki. Szczerze mówiąc, nie lubię kupować racjonalnie. Nie przepadam za planowaniem, porównywaniem, rozważaniem… Wolę się czymś zachwycić. A seria Rose Golden vol. 2 Zoeva uwiodła mnie designem. Nie mogłam się jej oprzeć ;-)

Gdybym miała krótko określić pędzle Rose Golden, powiedziałabym: piękno i funkcjonalność. Delikatne włosie w dwóch kolorach, złote okucia, pudrowa rączka… Kwintesencja elegancji. I ta różowozłota kosmetyczka! − ze względu na nią zdecydowałam się na ośmioelementowy zestaw Luxury, a potem dokupiłam na sztuki pędzle, których w zestawie zabrakło (106 − do sypkiego pudru, 102 i 110 − do konturowania twarzy, 128 − do różu, 222 − do nakładania i rozcierania cieni oraz rozświetlania wewnętrznego kącika oka). Jest dość pojemna, więc bez problemu mieści się w niej trzynaście pędzli. Ogromnie żałuję, że kosmetyczek nie można kupić osobno, bo miałabym chrapkę i na tę mniejszą, towarzyszącą zestawowi Complete Eye. Aż tylu pędzli do makijażu oczu nie potrzebuję, ale kosmetyczka wyjątkowo zgrabna. Już ja bym wiedziała, jak ją spożytkować ;)

Zoeva jest marką niemiecką, stosunkowo młodą, która przebojem zdobywa rynek. Jej pędzle są uważane za niezawodne i trwałe. O trwałości mogę na razie powiedzieć niewiele (poza tym, że jak do tej pory żaden włos z pędzli nie wypadł), ale za wygląd i za funkcjonalność daję im najwyższą notę. Jeśli koniecznie chciałabym się do czegoś przyczepić, to przyczepiłabym się do plastikowych zabezpieczeń. Są wprawdzie gustowne, ale nie zawsze dopasowane do grubości włosia i trochę za często spadają. Poza tym część pędzli takich zabezpieczeń nie miała, czego nie jestem w stanie zrozumieć. To jednak drobiazg, który w niczym nie umniejsza mojego zachwytu. Pędzle są piękne, przyjemne dla skóry i bosko się nimi pracuje.

 

Zestaw do konturowania twarzy Estée Lauder i gąbeczka Beauty Blender

DAR_0692b_1

 

Konturowanie twarzy to wyższa szkoła jazdy, mam jednak chęć posiąść tę przydatną umiejętność. Apetyt na wymodelowaną twarz wzbudziła we mnie wizyta u wizażystki. Profesjonalisty wprawdzie nie pobiję, ale w zaciszu domowym też mogę popracować nad podkreślaniem atutów swojej urody. Gra jest warta świeczki, bo umiejętny makijaż potrafi zdziałać cuda, może nawet większe niż chirurgia plastyczna. I wcale nie mam na myśli przysłowiowej szpachli, którą widać z kilometra…

Znawcy tematu twierdzą, że twarz po nałożeniu podkładu staje się płaska i trzeba jej przywrócić wielowymiarowość, a przy okazji nadać pożądany kontur i zatuszować niedoskonałości, tzn. uwypuklić to, co warte uwypuklenia, np. ładną linię kości policzkowych, a ukryć to, co odbiega od aktualnie obowiązujących kanonów piękna, np. wysokie czoło czy szeroki nos. Konturować można na sucho (bronzerem w kamieniu) albo na mokro (produktami o kremowej konsystencji). Konturowanie na mokro daje naturalniejszy efekt, łatwiej też naprawić szkody wyrządzone niewprawną ręką − dlatego zdecydowałam się na zestaw Estée Lauder, zawierający dwa barwione kremy o matowym wykończeniu, które można łączyć i stopniować w celu jak najlepszego dopasowania do karnacji. Do rozcierania korektora i bronzera o kremowej konsystencji nabyłam hipoalergiczną gąbeczkę Beauty Blender, fioletową, bo ta jest najbardziej elastyczna. Gąbeczka sprawia, że kosmetyk wtapia się w skórę, tworząc jednolitą warstwę bez zacieków i smug. Tak wyposażona zaczynam naukę modelowania swej twarzy, licząc oczywiście na spektakularne efekty ;-)

 

Rozświetlacz the Balm Mary-Lou Manizer

DAR_0707bb_1

 

To absolutny hit i z pewnością nikomu go przedstawiać nie trzeba, więc tylko potwierdzę, że puder rozświetlający Mary-Lou Manizer jest świetnym produktem. Ma piękny złocisty kolor i nadaje twarzy subtelny blask, który odświeża, ożywia i odmładza skórę (oczywiście optycznie). Nie osypuje się ani nie skawala. Łatwo go nałożyć. Muskam nim kości policzkowe, górną wargę oraz łuki brwiowe. Utrzymuje się na skórze baaardzo długo. I to w niemal nienaruszonym stanie.

 

Flamaster do brwi NYX i wosk Catrice

DAR_0721aa_1

 

Brwi… Chyba żaden inny element kobiecej twarzy nie zmienia się tak często. I tak definitywnie. Niegdyś wyskubywane niemal do zera, dziś mają być szerokie, ciemne i gładkie − jak skrzydła kruka (zdaje się, że coś takiego miała Sienkiewiczowska Helena). Nic dziwnego, że rekordy popularności bije makijaż permanentny. Tylko, że ja… nie chcę. Nie przekonuje mnie to. Wytatuowane włoski wyglądają ciężko i sztucznie. Chyba tylko u jednej dziewczyny były do zaakceptowania, a i tak wystarczył rzut oka, by stwierdzić, że nie są prawdziwe… Zdecydowanie wolę hennę i kosmetyki do stylizacji brwi. To znaczy wolę i nie wolę jednocześnie…

Na idealny kosmetyk do brwi jeszcze nie trafiłam, a sama henna nie wystarcza, zwłaszcza jeśli włoski rosną nieregularnie i są raczej rzadkie (farba zbyt szybko zmywa się ze skóry). Cienie do brwi są wprawdzie fajne, ale ich rozprowadzenie wymaga precyzji i czasu, o co rano bardzo trudno, a kredki są nietrwałe. Miałam nadzieję, że flamaster do brwi jest kosmetykiem, którego szukam. Nie jest. Pisak NYX mnie rozczarował. Nie barwi skóry tak łatwo, jak się spodziewałam. Nie mogę nim zrobić cieniutkich kreseczek imitujących włoski. I nie jest wodoodporny − wyciera się tak samo szybko jak kredka. Nie kupię go więcej. Nie znaczy to jednak, że skreśliłam flamastry do brwi jako takie. Mam zamiar nadal je testować, bo sama idea pisania po skórze wydaje się interesująca.

Razem z pisakiem popełniłam wosk do stylizacji brwi w sztyfcie. To bardzo praktyczne i wygodne. Z jego pomocą łatwo nadać brwiom kształt idealnego łuku, niestety ten idealny łuk wcale nie utrzymuje się przez wiele godzin… A szkoda.

 

Rzęsy Russet Feather i serum Long 4 Lashes

DAR_0728_1a

 

Są trzy powody, dla których raczej się nie pokuszę o przedłużanie i zagęszczanie rzęs w salonie kosmetycznym. Pierwszy to delikatność moich „firanek”. Boję się, że sztuczne rzęsy trwale je osłabią. Drugim powodem jest permanentny brak czasu. Rzęsy trzeba uzupełniać – to zabieg precyzyjny, a więc długotrwały i w dodatku wymagający częstego powtarzania (ten powód jest nieco naciągany, przyznaję; gdybym miała potrzebę i chęć szczerą, czas z pewnością bym znalazła). Trzeci powód nierozerwalnie łączy się z pierwszym. Efekt byłby zapewne boski i zapragnęłabym tak wyglądać już zawsze. Bez sztucznych rzęs czułabym się brzydsza. I tu koło się zamyka, bo prawdopodobnie w niedługim czasie nie byłoby do czego tych rzęs przyczepiać…

Zainwestowałam w sprawdzone serum Long 4 Lashes. Ten preparat ma za zadanie wydłużyć, zagęścić i wzmocnić rzęsy. Działa. Naprawdę. Już po miesiącu stosowania (z regularnością by Magenta, czyli daleką od ideału ;)) moje rzęsy są wyraźnie dłuższe. Na co dzień wystarczy je dobrze wytuszować. A od święta… Szarpnęłam się na rzęsy połówki Russet Feather, które nadają się do wielokrotnego użytku (wielka zaleta w stosunku do jednorazowych kępek). Są wykonane z delikatnego futra z norek, co sprawia, że wyglądają bardzo naturalnie (po co cały świat ma widzieć, że majstrowałam przy swoich rzęsach??). Samodzielne nałożenie sztucznych rzęs wymaga co prawda wprawy, ale jest możliwe. Pięknie otwierają oko, nawet tak głęboko osadzone jak moje. Gdy je ściągam po imprezie, trochę żałuję, że nie są prawdziwe, rzecz to oczywista. Jednak przez kilka godzin użytkowania nie przywiązuję się do nich zanadto. Mogę potem żyć z tym, co mi natura dała ;-)

 

Do miłego!

 

 

Zdjęciakadrowanie i obróbka: tym razem ja. Rozwijam się ;)

Dzisiejszy wpis nie jest sponsorowany. Postanowiłam dać linki do produktów, żeby Wam było łatwiej do nich dotrzeć. Poza tym bardzo polubiłam Minti Shop − przesyłki przychodzą ekspresowo, są kompletne, ładnie zapakowane i zawierają gratisową… krówkę. Taki drobiazg na osłodę :)

 

(Przeczytano 423 razy)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *