6 produktów, których więcej nie kupię

Włosy, brwi, rzęsy…  W zasadzie niekończąca się historia. Pierwsze mogłyby być grubsze, drugie gęstsze, a trzecie dłuuugie i zalotnie wywinięte. Gdy matka natura poskąpi tych atrybutów, łapiesz się na perswazyjne sztuczki rozmaitych speców od reklamy. Kupujesz coraz to nowe kosmetyki i akcesoria − czasem dzięki nim zbliżasz się do wymarzonego ideału, najczęściej jednak miejsce satysfakcji zajmuje dojmująca pustka w portfelu… 

Znasz to? Ja znam aż za dobrze. Produkty z kategorii „uroda”, które nie spełniły pokładanych w nich nadziei, notorycznie zagracają mi łazienkę. Każdy z nich miał upiększyć newralgiczny element mojej fizyczności, zatem o wpadkę nie było trudno (upiększanie niedoskonałości jest zadaniem ze wszech miar karkołomnym). Niektóre mnie „jedynie” rozczarowały, inne mają na kosmetycznym sumieniu grzechy cięższego kalibru. Z jednymi i drugimi łączy mnie stosunek bardzo daleki od sympatii… Zapraszam na subiektywny przegląd najbardziej nietrafionych inwestycji ostatnich miesięcy. 

 

Mousse Bouffante Kérastase

DAR_9833bb_1

 

Włosy… O walce z nimi pisałam już kilkakrotnie (wpisy można znaleźć pod tagiem włosy). Cienkie i delikatne, z tendencją do oklapywania… Nie można ich traktować brutalnie, bo łatwo wypadają… Na szczęście są dość podatne na zabiegi fryzjerskie i zazwyczaj długo trzymają wypracowaną linię. Bywają jednak kapryśne i… złośliwe chyba. Gdy mi szczególnie zależy na fryzurze, zawsze coś pójdzie nie tak. W tej sytuacji zamarzyła mi się pianka do zadań specjalnych − taka, która okiełzna włosowe szaleństwo, wyeliminuje niechcianą przypadkowość i doda fryzurze objętości. Zdecydowałam się na Kérastase, bo cenię kosmetyki tej marki (złoty olejek pielęgnacyjny Elixir Ultime uważam za jeden z lepszych na rynku). Informacja na opakowaniu Musse Bouffante obiecywała mi „niesamowitą objętość”, a przy tym naturalność, lekkość i nabłyszczenie. Pianka o mocy utrwalania 3/5 miała nie usztywniać fryzury i nie sklejać włosów i do tych aspektów jej działania przyczepić się nie mogę. Włosy rzeczywiście nie były sztywne ani sklejone. Ale… skóra głowy reagowała podrażnieniem na każdą próbę zastosowania pianki. Przestałam więc próbować, bo nawet najbardziej przestrzenna fryzura traci na urodzie, gdy jej właścicielka nie może pohamować odruchu drapania się po głowie… 

 

Pisak do stylizacji brwi NYX

DAR_9855c_1

 

Brwi… Chyba są już nadgryzione zębem czasu, zwłaszcza lewa (swoją drogą ciekawe, czemu tak niesymetrycznie) i wymagają tuszowania ubytków. Wydawało mi się, że pisak do brwi załatwi sprawę szybko i trwale. Niestety, nie jest to dobry produkt. Wbrew swojej nazwie nie chce pisać po skórze, szczególnie po potraktowaniu oblicza serum, kremem, podkładem, korektorem, pudrem etc. Nie nadaje się zatem dla kobiet. Dorastającym panienkom też raczej nie posłuży, bo wysycha w tempie błyskawicznym i już po kilku tygodniach od pierwszego użycia trudno nim cokolwiek narysować. Testowałam na sobie i córce pisak marki NYX. Zero satysfakcji, a cena niemała (ok. 50 zł). Miałam w planach wypróbowanie flamastrów innych producentów, ale zniechęciłam się do tego pomysłu. Uznałam, że flamastry do malowania po skórze to jedna wielka lipa. Zupełnie się nie sprawdzają. Znalazłam inne produkty do stylizacji brwi − niemal idealne, o czym nie omieszkam za czas jakiś napisać ;) 

 

Sztuczne rzęsy Russet Feather

DAR_0728d

 

Pamiętacie, że popełniłam sztuczne rzęsy? → Inwestycje w urodę, czyli nowości w mojej kosmetyczce. Sygnowane imieniem Katosu, jednej z najpopularniejszych vlogerek beauty, skusiły mnie swoją urodą. I urodą Katosu zapewne, która w doczepianych rzęsach wygląda bosko (używa ich na co dzień i jakoś udaje jej się uniknąć efektu sztuczności; ja chciałam upiększyć oko na potrzeby niektórych sesji zdjęciowych). Kosztowały dużo. Myślę nawet, że za dużo, ale zdusiłam głos rozsądku. I co? I okazało się, że zupełnie nie umiem ich zakładać. Tragedia normalnie. Russet Feather są mało elastyczne, wręcz sztywne i nie chciały się dopasować do mojej powieki. Próbowałam wielokrotnie z podziwu godną determinacją. Być może zawinił brak profesjonalizmu, a nie wątpliwa jakość rzęs od Katosu, nie zmienia to jednak faktu, że satysfakcji z zakupu nie odczułam wcale. W dodatku rzęsy bardzo szybko się zniszczyły wskutek moich nieumiejętnych zabiegów. Szkoda, bo były naprawdę ładne. Przerzuciłam się na rzęsy połówki Ardell Accent − delikatniejsze i łatwiejsze w obsłudze, a ponadto, co nie bez znaczenia, niemal 6 razy tańsze… Miałam je na oczach podczas sesji do wpisu Ekstrawagancki szyk, czyli fiolet i zieleń. Uważam, że wyglądają nieźle ;)

 

Tusz do rzęs Super Curler 24 Rimmel

DAR_9850bb_1

 

Nie będę chodzić do pracy ustrojona w sztuczne rzęsy, chociażby dlatego, że trzy razy w tygodniu bezpośrednio po niej oddaję się intensywnym ćwiczeniom fizycznym (→ Forma FIT) i z taką firanką na oku wyglądałabym po prostu śmiesznie. Chcę mieć jednak rzęsy wyraźne i ładnie podkręcone. To one „robią” mi oko. Zazwyczaj nie maluję górnych powiek − trochę z lenistwa (lubię rano dłużej pospać i na czasochłonne make-upy nie starcza mi już czasu), a trochę z konieczności: oczy głęboko osadzone wymagają specjalnych zabiegów; niezwykle trudno umalować je szybko. Z tuszami mam jednak pewien problem − zostawiają na moich górnych powiekach denerwujące ciemne smugi. Wszystkie tusze bez wyjątku, nawet te wodoodporne… Nawet markowe za duże pieniądze… Uroczo prawda? A niektóre tusze poczynają sobie na tyle bezczelnie, że brudzą mi również powiekę dolną i wtedy mam makijaż à la miś panda… Chyba nikogo nie zdziwię wyznaniem, że takich tuszy szczerze nie znoszę? Na szarym końcu listy moich tuszowych antypatii plasuje się Super Curler 24 od Rimmel. Kupiłam go z ciekawości. Był promowany jako patent na podkręcone rzęsy, pozwalający rozstać się z zalotką (której nawiasem mówiąc wcale nie używam). Dość gruba, wykręcona szczoteczka wcale nie ułatwia malowania. Jest dziwnie miękka i koszmarnie zlepia rzęsy. W dodatku zupełnie się nie nadaje do precyzyjnego malowania rzęs dolnych, a ja muszę je tuszować porządnie, bo oczy głęboko osadzone lubią akcent na dolnej powiece (górnej nijak nie podkreślę, nie widać jej przecież; wyjątkowa złośliwość losu dla kogoś, kto uwielbia kreski…). Konsystencja tuszu też nie powala. Jest suchy i zastyga w trakcie malowania, co w zasadzie uniemożliwia nałożenie drugiej warstwy. W ciągu dnia strasznie się osypuje. I oczywiście zostawia ślady na skórze. Nie polecam!   

 

Płyn do demakijażu oczu z biotyną Long 4 Lashes

DAR_9938cc_1a

 

Połaszczyłam się dwufazowy płyn do demakijażu oczu Long 4 Lashes na fali zachwytów genialną odżywką do rzęs tej samej marki. Wzbogacony biotyną, która jest też w składzie tej niezwykle skutecznej odżywki, ma czyścić rzęsy, a jednocześnie je wzmacniać i pobudzać do wzrostu. Demakijaż i pielęgnacja w jednym − piękna idea. Niestety, w tym przypadku demakijaż kiepski… Płyn jest zbyt wodnisty i nie najlepiej sobie radzi z wodoodpornym tuszem do rzęs. Muszę długo pocierać oczy i choć staram się to robić uważnie i delikatnie, zawsze znajdę na waciku bezpowrotnie utracone rzęsy. Do bani taka pielęgnacja! Widziałam więcej płynów do demakijażu wzbogaconych odżywką, może któryś z nich lepiej się sprawdzi. W tym przypadku jedyną zaletą jest duża pojemność butelki.

 

Enzymatyczna hydro-maska infuzyjna Yonelle

DAR_b

zdjęcia, kadrowanie i obróbka: Małgorzata Magenta-Siemiaszko

 

Spektakularnie wygładzająca, nawilżająca i redukująca liczne efekty starzenia się skóry. Enzymy, trehaloza i różowe kuleczki laktozy zapewniają komfort świeżej i promiennej cery − która babka w średnim wieku nie da się skusić na taki przekaz?? Ja się skusiłam. O polskiej marce Yonell słyszałam sporo pozytywnych opinii i skrycie liczyłam na efekt WOW. Spektakularnie było bez wątpienia… Aktywne mikrogranulki zdziałały „cuda” i ok. 4 godzin po nałożeniu preparatu dopadła mnie reakcja alergiczna. Nie aż tak silna jak po pamiętnej masce kolagenowej (→ Zabieg krzemowy − ulga dla skór z problemami), ale i tak pokrzyżowała mi plany. Przez kilka dni miałam na twarzy wyjątkowo swędzącą pokrzywkę. Zalecam zrobienie próby przed zastosowaniem tej maski, bo można sobie urodę poprawić na opak.

 

Mieliście do czynienia z którymś z wymienionych tu kosmetyków? U Was też się nie sprawdziły? A może macie zupełnie inne zdanie na ich temat? Będę wdzięczna za podzielenie się opinią :) 

 

Polub moją stronę na Facebooku, aby być na bieżąco:

 


Bardzo się napracowałam tworząc ten wpis. Teraz kolej na Ciebie, drogi Czytelniku. Będzie mi niezmiernie miło, jeśli skomentujesz moje słowa albo dopowiesz coś od siebie. Zależy mi na poznaniu Twojego zdania – na poznaniu Ciebie.

  • Jeśli masz inny punkt widzenia, wyraź go w komentarzu.
  • Jeśli tekst Ci się podoba, polub go albo podziel się nim ze znajomymi.
  • Jeśli chcesz, bym poruszyła jakiś temat − napisz o tym w wiadomości.

Rozgość się u mnie :))


(Przeczytano 360 razy)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *